List - manifest do kobiet w ciąży

Sabina Hnat

manifest

Prawdopodobnie jesteś w ciąży (lub planujesz w niej być), dlatego weszłaś na tę stronę. Jeśli jesteś przed pierwszą ciążą, masz w sobie mnóstwo obaw, niepewności i pytań, ale też poród wyobrażasz sobie jako przeżycie mistyczne. I słusznie, bo jest to cud! Cud, w którym nie wszystkie zjawiska da się wytłumaczyć naukowo, tak samo zresztą jak moment zapłodnienia czy rozwijania się nowego życia pod Twoim sercem. Wobec pewnych rzeczy świat „szkiełka i oka” jest po prostu bezsilny.

           Jeśli jesteś przed kolejnym porodem, być może rodziłaś w szpitalu i miałaś podobne doświadczenia do moich, dlatego szukasz innego sposobu na przywitanie Twojego dziecka, niż zimna sala z masą obcych rąk i głosów. Uznałaś, że poród we własnym domu byłby doskonałą alternatywą, ale znów masz ogrom wątpliwości, bo chcesz, by dziecko urodziło się zdrowe i bez komplikacji, a Ty myślisz, że nie będziesz czuła się pewnie, gdy wokół Ciebie nie będzie lekarza, aparatury medycznej i całego sztabu ludzi. Ponieważ mam za sobą dwa porody, każde w innym miejscu, chciałam się z Tobą podzielić moim doświadczeniem.

            Rok 2008, zimny, deszczowy wrzesień. Z mężem i grupą znajomych właśnie świętujemy zakończenie festiwalu teatralnego w pubie, gdy mnie odszedł czop śluzowy. Wsiadamy do samochodu i jedziemy do domu po torbę do szpitala. W drodze odeszły mi wody. Do szpitala dojeżdżamy ok. 1 w nocy, kiedy to mam już 9 cm rozwarcia, więc natychmiast ląduję na sali porodowej. Na tej sali jest okropnie zimno, bo choć za oknem już jesień, to w szpitalu nie zaczął się jeszcze sezon grzewczy. Położne pozwalają nam (mnie i mężowi) jeszcze chwilę potańczyć przy małym grzejniku elektrycznym, ale potem każą się położyć. Podłączają KTG. Czuję, że to urządzenie ciąży mi na brzuchu. Błagam, by choć na chwilę je odłączono, bym mogła swobodniej odetchnąć – na próżno. Wiedziałam, że pozycja leżąca jest najgorszą z możliwych, więc zapytałam, czy mogę ją zmienić: „Później, później…” – usłyszałam w odpowiedzi. Na chwilę mnie to uspokoiło. Nie miałam jeszcze świadomości, że to „Później” nigdy nie nastąpi. Skurcze się pojawiały i znikały, ale były jakby coraz słabsze. Gdy kazano mi przeć, okazywało się, że już nie ma po co…Ponieważ sytuacja się przedłużała, lekarz zaczął straszyć mnie cesarskim cięciem, a jedna z położnych postanowiła mnie do niego przygotować, goląc łono. Spytałam, czy to jest konieczne. „Tak!” – usłyszałam. Maszynka okazała się tępa, trwało to niemiłosiernie długo, w dodatku w trakcie skurczu…Cały czas było mi bardzo zimno, trzęsłam się jak galareta, a na moją prośbę, by mnie czymś przykryto, przyniesiono prześcieradło, które niewiele pomogło. Sytuacja stawała się dramatyczna – podano mi oksytocynę. Bez większego skutku. Dopiero mój mąż zauważył, że tak naprawdę to ja źle prę, że powinnam przyjąć inną pozycję, a nikt z personelu medycznego jakoś tego nie zarejestrował. To oraz słowa lekarza: „Bo będziemy musieli podziałać inaczej”, co oznaczało cesarkę, spowodowało, że urodziłam! Synka, pięknego synka. Była godzina 5:23. Gdy tylko go zobaczyłam, moją pierwszą myślą było: „Będę rodzić!” Lekarz stwierdził, że akcja porodowa mogła mi się opóźnić z powodu zimna panującego na porodówce, gdyż mogła mi się skurczyć macica. A ja wiem, że wiele winy za to ponosi leżąca pozycja i cała ta formalno-chłodna atmosfera. Potem nastąpiła cała zwyczajowa procedura: ważenie, mierzenie, szybkie odcięcie pępowiny (choć prosiłam, by jeszcze poczekać) i…rozdzielenie. Pojechałam do sali. I tam, gdy mąż już pojechał do domu, zostałam sama i poczułam ogromną pustkę w brzuchu: jak to? To nikt już tam nie „mieszka”? W bólu, samotności i z takimi myślami leżałam aż do godziny 17, kiedy to na moją prośbę przywieziono mi synka. Spytałam, dlaczego tak długo. „Skoro się nie domaga…” No, a ja? Czy ja się nie liczę? Od zmysłów odchodziłam przez te 12 godzin, nie wiedząc, co się dzieje z moim Maleństwem…

Rok 2010, maj. Nauczona doświadczeniem szpitalnym, w którym wszystko odbyło się nie tak, jakbym sobie tego życzyła, zawczasu zaplanowałam poród w domu. Miałam oczywiście wątpliwości, które ma każdy: co się robi w przypadku komplikacji przy porodzie? Czy zdążymy wtedy pojechać do szpitala? Czy dam radę? Czy położna sprosta zadaniu? Etc. Przeczytałam piękną książkę Ireny Chołuj „Urodzić razem i naturalnie”, po której uwierzyłam we własne siły, w odwieczną naturę kobiety stworzoną do rodzenia i utwierdziłam się w przekonaniu, że podjęłam słuszną decyzję. Skurcze rozpoczęły się około 3 w nocy. Chwilę jeszcze odczekałam, by nabrać pewności, że to JUŻ. Obudziłam męża, przed 4 zadzwoniłam do p. Doroty Fryc – położnej. Przyjechała przed 5 wraz ze swoją studentką położnictwa. Badanie wykazało…pełne rozwarcie! Zaczęliśmy przygotowania do porodu (moje przerywane skurczami, które najlepiej mi się przeżywało, opierając się o łóżeczko dziecięce): położenie farby malarskiej, przygotowanie wszystkich niezbędnych przedmiotów, w tym stołka porodowego; część rzeczy trzeba było wyjąć z torby przygotowanej do szpitala „na wszelki wypadek”. W spokoju, przy ulubionej muzyce, w przytłumionym świetle, a przede wszystkim w intymnej, domowej atmosferze znosiłam skurcze, o których myślałam, że „Każdy przybliża mnie do finału” (to słowa ze wspomnianej książki). Nikt mnie nie popędzał, nikt nie kazał mi niczego robić, czego bym nie chciała. W ogromnym spokoju wszyscy czekaliśmy na najważniejszy moment, mąż cały czas był przy mnie i sama jego obecność wystarczała, bym czuła się bezpiecznie. Chwilę posiedziałam na stołku porodowym, ale tak naprawdę marzyłam o porodzie w wodzie. Mąż zaczął napuszczać wodę do wanny. Położna poradziła, bym wstała i pokręciła nieco biodrami. Uczyniłam to i…nie zdążyłam dojść do łazienki. Kucnęłam przy łóżku i urodziłam córkę! Malutką istotę, którą natychmiast przytuliłam do piersi. Leżałyśmy tak sobie długo, aż urodziłam łożysko i pępowina przestała tętnić. Wtedy mąż ją uroczyście przeciął. Po ważeniu, mierzeniu, zaopatrzeniu pępka pierwszym ubieraniem zajął się dumny tata, a mną zajęła się położna i przyszła położna. Po śniadaniu i wyjściu pań, rodzinnie ułożyliśmy się w łóżku, podziwialiśmy owoc naszej miłości i upajaliśmy się spokojem, jaki trwał w ten piątkowy poranek. Od razu wiedziałam, że jeśli zdecyduję się na trzecie dziecko, to znów urodzę je w domu w asyście p. Doroty, od której usłyszałam jakże cudne słowa: „Pięknie urodziłaś!” I czułam, że jest to prawda i że właśnie tak poród powinien wyglądać.

Opisałam tutaj dwa porody, których doświadczyłam niedawno w niewielkim odstępie czasu, więc wspomnienia są nadal silne i wyraziste. Po pierwszym czuję pewien żal, po drugim radość i satysfakcję. Nie namawiam nikogo do porodu w domu. Do tego trzeba być całkowicie przekonanym. Pragnę tylko zwrócić uwagę na różnicę i na to, jak ważny jest wybór miejsca, który powinien być dokonany świadomie. Wierzmy, Kobiety, we własne siły, bo szpital jest stosunkowo młodą instytucją, a od tysięcy lat kobiety rodziły w miejscach, które same uważały za najbardziej odpowiednie, kierując się instynktem. Gdy ktoś mi mówi, że jestem odważna, skoro zdecydowałam się rodzić w domu, ja odpowiadam, że odwagę trzeba mieć, by udać się do szpitala.

Życzę siły wewnętrznej i radosnego doświadczania cudu rodzenia się Człowieka,

Agata Hołubowska

P.S. Jeśli chcesz o coś zapytać lub podzielić się uwagami na temat tekstu, zapraszam: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

Najnowsze artykuły