Refleksje Niny

Mając styczność z wieloma lekarzami, szczególnie tymi o specjalności ginekolog- położnik, wyrobiłam sobie pogląd na to, jak większość z nich widzi poród i rodzącą. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że mimo dużej chęci i myślę, że ich wiary w to, że „pomagają” rodzącym, nie chciałam mieć porodu w dwie godziny, półświadoma, traktowana jak pacjent w trakcie operacji w znieczuleniu ogólnym. Lekarze mają pewne skrzywienie zawodowe, które z racji ich miejsca pracy (szpital=chorzy), widzą większość pacjentek w kategorii patologii, a jeśli tej patologii nie widać gołym okiem, to ona na pewno jest w dali na horyzoncie lub  zaraz za zakrętem. Oczywiście tak zostali oni nauczeni i chwała im za to! Tylko, że taki styl myślenia jest dobry dla 10% rodzących, no dajmy dla 15%. Natomiast pozostałe ciężarne w fizjologicznej ciąży nie potrzebują interwencji medycznej, która skutkuje lawiną następnych procedur.

Oczywiście są i takie pacjentki, które udając się do szpitala liczą na to, że „ktoś” (czytaj: lekarz, położna) za nich urodzi, zdejmie z nich ból i zmęczenie. To są bardzo plastyczne pacjentki w rękach doktorów. Doskonale dopasowują się do grafiku pracy na oddziale, podpisują zgody na cięcia cesarskie, znieczulenia i całą resztę. Są to pacjentki zdyscyplinowane, a przez swoją nieświadomość procesu porodu, oddają doktorom batutę do dyrygowania jego przebiegiem.

Myślę, że rozumienie porodu, wdrukowuje się w świadomość dziewczyny już bardzo wcześnie. Ja jako dziecko widziałam poród mojej kotki. Do dziś twierdzę, że było to niesłychanie proste, choć mama próbowała mi wytłumaczyć, że poród to nie tylko sam proces wyjścia kociaka na zewnątrz, ale cały cykl zjawisk, które działy się wcześniej. Dzięki mojej kotce, nie dałam sobie wmówić, że poród jest traumatycznym przeżyciem, że boli do granic utraty przytomności i że właściwie dzieli nas cienka granica od śmierci. Dlatego tak trudno było uwierzyć mi w słowa doktorów, że „nigdy nie wiadomo kiedy prawidłowy poród zmieni się w patologię” lub prorocze słowa, że „zawsze coś może się stać”. Chcieliśmy odczarować trochę tego „Cosia” i wszystkie nasze spotkania z Dorotą dotyczyły dyskusji o schematach postępowania na wypadek – już konkretnych – patologii, które mogą wystąpić w trakcie porodu. Mi zależało na tym, żeby Dorota potraktowała nas jako ludzi przewidywalnych, poukładanych, opanowanych, którzy bezpiecznie czują się we wcześniej ustalonych ramach postępowania i którzy nie narażą siebie, dziecka i reputacji położnej w sytuacjach kryzysowych. Taki niepisany układ mógł mieć miejsce tylko w oparciu o bezkresne zaufanie, które mieliśmy do samej Doroty. Gdyby jednak 'coś' się stało podczas naszego porodu domowego – wieszano by na mnie psy. Gdyby taka sama sytuacja zdarzyła się w szpitalu - winny byłby doktor. Sprzeciwiam się takiemu podejściu. Nawet teraz – gdy nasze dziecko całe i zdrowe jest już z nami – „wujkowie dobra rada” uzurpują sobie prawo do tego, by pouczać nas – dorosłych, wolnych i samodzielnie myślących rodziców – słowami: „Słyszałam że rodziłaś w domu. Nie chciało mi się wierzyć, ale po zafoliowanej kanapie wnioskuję, że to prawda. Więc zapytam jako stara znajoma: Porąbało Cię? Szalona to ty zawsze byłaś, ale to przeszło moje wyobrażenie. No, ale ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia. .. Ciebie chyba nie ogranicza nic.” Takim znajomym odpowiadamy, że zafoliowana kanapa to pikuś – kot przegryzł pępowinę, a pies zjadł łożysko! I ludzie w to wierzą…

Spisałam sobie jeszcze przed porodem, czyli w trakcie posiadania pełnej świadomości, kilka mobilizujących rad i przypominających faktów:

1)       Poród jest procesem, który trwa

2)       Wszyscy się urodziliśmy

3)       Ból porodowy daje życie

4)       Swoją siłą woli jestem w stanie się uspokoić i rozluźnić

5)       Rozumiem potrzebę istnienia bólu porodowego

6)       Każdy skurcz przybliża mnie do spotkania z dzieckiem

7)       Oddycham i jestem aktywna

8)       Nie będę panikować

9)       Nie chcę znać godziny ani upływu czasu

10)    Pozwolę sobie na chwile słabości, które jednak nie zapanują nade mną

Od „męża” dostałam dwa motywatory:

1)       Kto jak nie Ty?

2)       Będziesz wspaniałą Mamą

Urodziłam moją córkę i przeżyłam. Gdzieś przy końcu, uwieszona na rurce od prysznica zastanawiałam się kiedy inne kobiety biorą znieczulenie, bo mnie jeszcze nie boli tak bardzo, żeby o nie prosić. Dwadzieścia minut później miałam małą w ramionach i – jak to kobieta – zastanawiałam się: w co ja ją ubiorę?

Nasza Kalina przyszła na świat w naszym małym mieszkanku. Od wielu osób słyszymy: ale jesteście odważni, natomiast ani razu nie usłyszałam - jesteście odpowiedzialni.  Odpowiedzialni za poczęcie swojego dziecka i za wzięcie na swoje barki jego przyjście na świat. I nikt – ani szpital, ani lekarz, ani polisa ubezpieczeniowa – nie zdejmie z nas tej odpowiedzialności, nie sceduje niepowodzenia na instytucję, osobę, firmę ubezpieczeniową… Bo przecież już od dawna żyjemy w cywilizacji, gdzie idąc ośnieżonym chodnikiem – człowiek potyka się i łamie nogę – to pierwsze co robi to biegnie do zarządcy ze skargą, że przejście było nieodśnieżone i dlatego on się przewrócił. Niewiele osób pomyśli, że to zwykły pech lub mają dwie lewe nogi. Teraz udajemy się do ubezpieczyciela po wypłatę odszkodowania za własne niepowodzenia…Szkoda, że nie można ubezpieczyć się od głupoty. Choć to pewnie stan przejściowy…

Ból jest odczuciem subiektywnym i wszystko zależy od naszego nastawienia. Nie ma cudownych środków, które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, powodują jego zniknięcie. Poród może nie boleć! Od siebie dodam – mnie nie bolał. Przeszkadzało mi tylko, że nie potrafię w zadowalający sposób rozluźnić swojego brzucha w trakcie skurczu. Nie wyobrażam też sobie leżeć podczas porodu. Mając skurcz byłam wyprostowana i uwieszona na szyi Michała. Pierwsze skurcze miałam co 20 min i między nimi jeszcze drzemałam. Pod koniec skurcze miałam co 2 -3 min, ale sam skurcz trwał może 60 sekund – potem normalnie rozmawiałam, chodziłam. Trochę trudno było mi zebrać myśli, ale jakieś szczątki konwersacji zostały zachowane. W notatniczku porodowym miałam zaznaczone dwa skurcze z gwiazdką, które uznałam, za wyjątkowo nieprzyjemne. Nie pisałam sobie scenariuszy na poród domowy, żeby się nie rozczarować, ale teraz wiem, że ważne dla mnie było to, że nie byłam badana często (miałam badanie przy 5 cm i potem chwilę przed skurczami partymi), więc nikt mnie nie „liczył” mówiąc: 6 cm – mało, słaby postęp. Ominął mnie gdzieś kryzys 7 centymetra, ominęło mnie to wyczekiwanie i niepokój. W moim odczuciu – szybko poszłoJ Dorota zbadała mnie o 10:50 – wtedy było 5cm, a o 12:20 mieliśmy już dziewczynkę ze sobą.

Mnie ten mój poród drogami i siłami natury był zwyczajnie potrzebny w życiu -jako kobiecie, matce. Dał mi taką wiarę w siebie, swoje możliwości. Czuję, że dojrzałam, że przeżyłam coś ważnego, czego nikt mi nie odebrał cięciem cesarskim, przebiciem pęcherza czy podaniem oksytocyny... Cały czas odnoszono się do mnie z szacunkiem. To miłe, wiedzieć, że bez zbędnego marudzenia i niemal natychmiast spełniane są twoje prośby. Ja tylko pilnowałam się bardzo, żeby nie być opryskliwa, złośliwa i niemiła dla moich towarzyszy doli.

Będąc przy mojej Mamie w Jej ostatnich dniach, zrozumiałam, że umieranie jest procesem. Poród też nim jest. Przyjściem na świat mojej córki coś się zamknęło, dopełniło…Mama umarła w domu, Kalina urodziła się w domu. Nie czułam obawy, strachu, niepokoju – wiedziałam, że nawet jeśli będę rodzić cały dzień i cała noc – to nadal będzie to normalne, prawidłowe. Nie potrafię tego uargumentować ani zracjonalizować, ale głęboko wierzyłam, że mam potężnego Orędownika po Tamtej Stronie, że Mama czuwa nade mną i naprawdę nic złego się nie stanie… Gdy słyszałam od Dorotki, że dobrze mi idzie, że jestem dzielna, to pomyślałam: szkoda, że nie widziałaś mojej Mamy – ona dopiero była dzielna!

Najnowsze artykuły